Potrzebowałam czasu, aby aby się pozbierać. Ten tydzień nie był najlepszy, nie mogłam spać, jeść, nic mi się nie chciało. Czułam wielką niemoc, brak sił, najgorsze było to, że przed synem musiałam zgrywać uśmiechniętą i zadowoloną z życia kobietę. Dobrze, że mam dla kogo żyć, dla kogo rano się budzić i wstać, aby iść dalej.
Była czarna rozpacz, brak jakiejkolwiek nadziei, że będzie lepiej, przerażenie jak sobie poradzę, jak utrzymam mieszkanie, syna i siebie.
***
Ale w końcu, przyszedł czas, aby się podnieść. Nie można cały czas leżeć i pozwalać się kopać.
Wczoraj pożegnałam firmę w której przepracowałam bez jednego miesiąca 8 lat, nic nowego nie znalazłam, więc w poniedziałek muszę zgłosić się na bezrobocie. Wyszukałam już kilka kursów na bezrobociu na które chcę się zapisać.
Muszę się podnieść i wstać, nie mogę rozczulać się nad swoim losem, jak będę siedzieć i płakać to popadnę w jeszcze większą rozpacz - zwariuję. Muszę zawalczyć o siebie i syna, a płacz w tym nie pomoże.
Powiedziałam sobie, że to tylko okres przejściowy - teraz jest burza i ciemne chmury, ale za tymi chmurami jest przecież słonce, które kiedyś zaświeci. Nie mogę dostawać tylko złych wiadomości, przyjdzie czas i na te dobre.
***
Dzisiaj poczułam w sercu spokój, dam radę. Będzie skromnie, ale poradzę sobie.
Trzymajcie kciuki!